Sobota, 27 maja 2017r.

Imieniny: Augustyna, Juliana, Magdaleny

Strona główna / Blogi / Niełatwy koreański żywot

Możesz więcej niż myślisz...

Niełatwy koreański żywot

Zazwyczaj chcesz zamówić coś takiego. Nie zawsze się udaje.

Foto: Staszek

Pewien znajomy, kiedy opuszczałem tajlandzkie rewiry powiedział, że w Korei czeka mnie bardzo dużo kłopotów i srogo się rozczaruję choćby ilość mojego optymizmu na temat Korei w fazie początkowej po przyjeździe dorównywała ilości ryżu czy też kimchi w tejże. I wiecie, są takie momenty, że nawet najważniejsze informacje, które dostajesz wlatują Ci jednym uchem, wylatują dowolnym otworem ciała. Którym? Sami wybierzcie. Jeżeli traktujecie rozmówcę z szacunkiem, wyleci drugim uchem, jeśli macie go w przysłowiowej dupie – wyleci dupą. Ponieważ niewielu ludzi, których udaje mi się bliżej poznać mam w głębokim poważaniu, wiadomość uleciała swobodnie drugim uchem.

W tamtej chwili nie zdawałem sobie sprawy jak dużo informacji było zawarte w tym przekazie i jak ogromnie dużo prawdy w sobie niósł. Wtedy też nie zdawałem sobie sprawy z tego ile kłód trzeba będzie przeskoczyć, żeby osiągnąć wymarzony cel, który nie zawsze stanowił zadanie pokroju tych niemożliwych do wykonania. Bo jak nazwać zamówienie posiłku w restauracji czy też zapamiętanie nazwiska osoby, z którą przyjdzie Ci współpracować przez najbliższe kilka miesięcy? Błahostka.  Po tych prawie dziesięciu tygodniach tutaj stwierdzam, że za każdym razem kiedy udaje mi się zamówić coś nowego w restauracji i jest smaczne lub zapamiętuję nazwisko kolejnego, napotkanego Koreańczyka, z którym muszę wdać się w dyskusję choćbym nie wiem jak się opierał, moja osoba urasta do rangi superbohatera. Rosnę w siłę. Staję się „twardziejszy” jak to mawiał nasz narodowy celebryta z Litwy – Robert Burneika.

Wysoką jak Mont Everest górę trudności niesie ze sobą szczególnie ta druga czynność, czyli spamiętanie godności koreańskich jegomościów. Bo to jest tak jakby ktoś kazał mi płacić jakieś grube stosy banknotów z martwymi królami za każde nazwisko, które wkracza do mojej pamięci na dłużej niż powiedzmy jeden dzień. Nikt na pewno nie chciałby płacić za zapamiętanie sekwencji liter pasujących do twarzy danego organizmu. Większość z nas klepałaby niesamowitą biedę, jadła tynk ze ścian albo do nikogo się nie odzywała. Myślę, że dla nas, Polaków, ta druga opcja byłaby bardziej prawdopodobna. Ja jednak czuję się jakby tak było w rzeczywistości. Szukanie tych niezbyt skomplikowanych nazwisk i przyporządkowanie ich do danej osoby na moim osobistym dysku twardym zwanym potocznie mózgiem jest niebywale skomplikowane, jakby w każdej mikrosekundzie mózg wykonywał miliardy operacji, które nijak nie potrafią złożyć się w logiczną całość. To po prostu stosy sekwencji bez odpowiedniego przyporządkowania, które niczemu nie służą.

Koreańskie nazwiska nie są jakieś przesadnie trudne, skomplikowane, niemożliwe do wymówienia, co zdecydowanie komplikuje mi możliwość zrozumienia tego co się dzieje. Bo co można rzec o nazwisku Kim tudzież Lee czy też Hong. Nic więcej ponad to, że jest zwyczajnie „proste”. Nawet dziecko by sobie poradziło ze spamiętaniem tego. Wstęp do tego tekstu sugeruje, że gdzieś jest haczyk, gdzieś jest pies pogrzebany (pieeeees, piesek, a jaka rasa? – nieśmiertelny Kabaret Dudek tak poza tematem). I rzeczywiście jest. Problem polega na tym, że Kim to jakieś 10% populacji, Lee pewnie też coś koło tego, a Hong nie odstaje od reszty czyli około powiedzmy 8%. Sumarycznie dajmy 27%. Spośród całego społeczeństwa. Dodatkowo społeczeństwa skośnookiego (nie obrażając nikogo), w którym każdy osobnik, przynajmniej dla mnie, wygląda bardzo podobnie jak nie jednakowo. Wyróżniają się nieliczni. Przyjmując dla uproszczenia już i tak skomplikowanych kalkulacji, że społeczeństwo koreańskie zawiera w sobie około 50% osobników płci męskiej (przy tych wszystkich genderach to nie wiem czy mogę tak napisać, ale zaryzykuję) mamy grubo ponad ¼ całej nacji południowokoreańskiej. I teraz wyobraźcie sobie, że do każdego musicie się zwracać po nazwisku, owe nazwisko poprzedzając frazą Pan/Pani. Niezależnie od wieku rozmówcy. W relacjach biznesowych trzeba się kłaniać klientowi.

Każdy rozmówca, jak już powiedziałem tudzież napisałem - wygląda podobnie. Statystycznie macie gdzieś 20% szans, że traficie z nazwiskiem. Bo nazwisk jest mniej więcej 5. Tych głównych oczywiście. Wyjątki odkładamy na bok. Jakie to nazwiska? Te które wymieniłem powyżej plus może Choi i Mun. Ale co tam statystyka, statystyka kłamie. Bo weźmy na ten przykład taką sytuację – idzie pan z psem. Pies czworonożny, zwykły podwórkowy stwór zaczepno – obronny. Pies zaczepia, Pan go broni. Pan natomiast to obiekt dwunożny. Wyłamał się i zaczął chodzić na dwóch nogach. Inne gatunki niech sobie chodzą na czterech, ja nie płynę z mejnstrimem. To mówi rzeczywistość. Co mówi statystyka? Ano statystyka podaje, że średnio i Pan, i kundel szarobury są w posiadaniu nóg trzech. Statystyka nie mówi całej prawdy. Tak samo z nazwiskami. 20% szans nie jest równe 20% szans. Bo Kimy ciągną do Kimów, a Hongi do Hongów. Gdybyśmy chcieli skorzystać z naszych niebotycznych 20% szans na trafienie właściwego nazwiska naszego rozmówcy możemy sobie strzelić w kolano. A raczej nawet w dwa. Niewyobrażalnym jest pomylenie nazwiska. Dlaczego? Ano dlatego, że możemy przez przypadek mieć na myśli kogoś, kto w ścierwiastej, korporacyjnej drabinie kariery, po której Koreańczycy pną się do góry niczym odrzutowiec startujący z lotniskowca, jest dwa poziomy niżej. A to sprawa niewybaczalna. Niewybaczalnym jest zrzucić kogoś dwa szczeble niżej. Jeden z resztą też.

Krótko mówiąc – jeśli chodzi o zapamiętywanie nazwisk osobiście jestem w ciemnej jamie, zwanej potocznie dupą. Przez 2 miesiące zapamiętałem nazwiska może pięciu osób, które bez strachu mogę wypowiedzieć kiedy widzę daną osobę, bo po prostu sekwencja liter pasuje mi do twarzy lub też sposobu bycia.  Żeby nadać całemu temu nazwiskowemu bałaganowi jeszcze więcej koloru przytoczę taką ciekawą historyjkę. Na służbową skrzynkę poczty elektronicznej otrzymałem wiadomość e-mail. Nic specjalnego. Wysłana przez (coś tam, coś tam) Kima. W odbiorcach byłem ja oraz jakiś tam Kim. W ukrytej kopii Kimów znalazło się trzech, przy czym dla jednego z nich Kim było imieniem, bo było z jakimś dziwnym słowem na końcu. Coś jak Kim-yu Lee. Nieważne. Spośród 6 osób zaangażowanych w tego maila, o ile można tak to nazwać, 5 osób było w jakiś sposób „Kimem”. Plotka głosi, że jak na razie to rekord budowy jeśli idzie o „sKimienie” wiadomości elektronicznej. Ciekawe słowotwórstwo. I pamiętajcie, mówiłem to – Kim ciągnie do Kima.

Zapamiętanie tych nazwisk samo w sobie wymagającym zadaniem nie jest, bo musisz pamiętać tylko kilka z nich. Zdecydowanie trudniej jest przypisać dane nazwisko do osoby. Wyobraźcie sobie, że do każdego musicie mówić pan Kowalski lub Pan Nowak lub wymyślcie sobie trzecie popularne nazwisko. Spotykacie kilkadziesiąt osób dziennie, rozmawiacie z każdą. Nie wiecie jak żadna z nich ma na imię, do wyboru są tylko zasrane trzy nazwiska. To jest walka z wiatrakami, taki trochę motyw z Don Kichota. Zawsze przegrywasz. Jak Syzyf. Albo nasza reprezentacja. Trafić z nazwiskiem w Korei to wydarzenie podobne do tego, kiedy Polska wygrywa 4:0 z Niemcami na ich terenie, a hattricka strzela Lewandowski. Dla tych, którzy specjalnymi fanami piłki kopanej nie są dodam, że nie zdarzyło się to jeszcze nigdy. Ale zdarza się, że koreańskie nazwisko uda mi się trafić. Może kiedyś  i repra pobije Niemców.

Oczywiście Korea to wiele innych przeciwności losu. Wspomniane zamawianie potraw w restauracji, które zazwyczaj prowadzone są przez starszych ludzi, którzy o gotowaniu często mają duże pojęcie i serwują całkiem niezły towar na talerzu lub w misce, ale niestety ich talent do gotowania nie idzie w parze z talentem do nauki języka angielskiego. Ileż to razy już zdarzyło się, że na stole zamiast potrawy, którą zamówiłem lądowało coś co w żadnym wypadku nie przypominało mojego wyboru z karty dań. Wliczając w to moje „ulubione” owoce morza, których panicznie wręcz się boję. Nigdy nie wiesz czy morski stwór na talerzu, nie zechce w pewnym momencie poruszyć swoją kończyną tudzież w swoich ostatnich chwilach będzie chciał cieszyć się możliwością popływania w Twojej pikantnej zupie. Zazwyczaj nie podejmuję próby zamówienia czegoś po koreańsku, bo kończy się to w większości wypadków totalną katastrofą. Oczywiście nawet będąc najbardziej odpornym na naukę po pewnym czasie uczysz się jak nazywają się dane potrawy, ale problem tkwi gdzie indziej. Z racji tego, że język jest tonalny, to znaczenie tego co wypowiesz ściśle zależy od tego jak to powiesz. Dlatego łatwo zamówić coś totalnie odmiennego od tego co chciałbyś aby wylądowało na Twoim talerzu. Nie próbujcie. Lepiej próbować dogadać się łamaną angielszczyzną, mniej jest wtedy nieporozumień. Nawet gdy szef kuchni nie gdaka choćby jednym słowem angielskim.

Podobnie jest w sklepach. Odwiedzam głównie te samoobsługowe, bo nie jestem z grupy tych sadomasochistów, którzy za wszelką cenę próbują pochwalić się znajomością trzech słów koreańskich wchodząc do sklepu z warzywami i blokując kolejkę przez następne 10 minut, bo wypowiedziane przez nich słowo „pomidor” nie do końca brzmi jak pomidor i pani zza lady nie za bardzo wie jak ma się zachować. Z tego powodu, jak wspomniałem wyżej, wybieram sklepy samoobsługowe. Nawet jednak w takim sklepie czasami trzeba się odezwać mówiąc po prostu „dzień dobry” tudzień „dziękuję”. I z przywitaniem są problemy. Wersji jest bardzo dużo, każda odmienna od pozostałej. Przywitań na moje oko jest z 20, ale wg Koreańczyków jest ich bodajże 6. Ważne, że każde kończy się przeciągniętym, wygasającym „jooooo”. Aby wyjść z sytuacji z klasą wystarczy na początku coś przybełkotać, najlepiej gębą pełną jedzenia i na końcu zaakcentować rzeczone „joooo”. Wtedy wychodzimy na ekspertów, szacunek na dzielni zdobyty, ludzie się kłaniają, staniki lecą w naszą stronę niemalże hurtowo. 

Podsumowując, koreański żywot do łatwych nie należy, a wymienione powyżej to tylko niektóre z rzeczy, które jeszcze bardziej egzystencję tutaj komplikują. Jednego Korea uczy perfekcyjnie. Walczenia z samym sobą i szukania alternatywnych rozwiązań. W tym powoli staję się ekspertem. Kiedyś zrobię na tym gruby szmal. Rozwiązania alternatywne – Staszek Światowiec S.A. Ludzie na to pójdą. Na pewno. A potem to już tylko wille, baseny, kobiety, samochody. Tymczasem idę walczyć dalej z koreańskimi wiatrakami. 

Autor: Staszek
comments powered by Disqus