Czwartek, 19 stycznia 2017r.

Imieniny: Henryka, Mariusza, Marty

Strona główna / Blogi / Life in Samsun

Staszek Światowiec

Life in Samsun

Miejsce rozrywki lokalnych, miejsce spotkań, najbardziej interesujące miejsce w mieście, Słońce Narodu, Pan Ziemi i Nieba, Król Wszechsłońca. Piazza Samsun, uberGALERIA handlowa.

Okazuje się, że często to czego oczekujemy ma się nijak do tego co rzeczywiście otrzymujemy. Tak też było i w tym, niezbyt szczególnym, wypadku. Koniec października i początek listopada upłynął pod znakiem pakowania walizki, przemierzania kontroli bezpieczeństwa na lotniskach wszelakich, a także odwiedzania hoteli różnej maści.

Pourlopowa depresja doprawiona pokaźną wręcz ilością koreańskiego stylu życia i podejścia do spraw pracy spotęgowała moją tymczasową niechęć do zmiany miejsca mojego położenia. Dlatego, wracając do pierwszego zdania owego postu, przekornie wręcz do tego co oczekiwałem, a oczekiwałem w końcu usiąść na dupie, otrzymałem szansę, a może i rozkaz, który znaczył dla mnie ni mniej, ni więcej niż to, że kolejne tygodnie trzeba będzie spędzić w Airbusach i innych Boeingach. Nazywają to podróżą i właśnie w niej miałem się teraz pogrążyć. W podróży. Jej najgorszej odmianie czyli jak zwykli mawiać pracodawcy - podróży służbowej. Dlaczego w ogóle "podróże służbowe" nazywa się „podróżami”, a nie np. "zesłaniami służbowymi"? Tego pewnie nigdy się nie dowiemy. Wiadomo tylko jedno, a minimum ja mam takie odczucie, że podróżuję, bo chcę, a nie bo muszę. Toteż gdy okazało się, nieco wcześniej, że muszę udać się w ową „podróż” służbową do Turcji pomyślałem, że droga to łatwa nie będzie, ale zawsze to „Europa”, blisko, ciepło i w ogóle same superlatywy. W dupie byłem, g...o widziałem, ale kawałek nieba udało mi się przemierzyć już i wiem co to znaczy długa podróż. 

Potem jednak, jak zawsze, okazało się, że pomimo tego, iż to „Europa”, jak zwykli mawiać ludzie, to z rzeczoną "Europą" nie ma ten kraj nic wspólnego. W tak zwanej Europie, do której pretendują Turcy nie zabija się niepotrzebnie bezbronnych baranów, tylko po to, by zwiększyć żywotność maszyny. Zrozumiałbym owe zachowanie, gdyby okazało się, że krew lub tłuszcz z takiego barana ma wyjątkowe właściwości smarne i żaden olej ni śmie się z nim równać, jednak z dotychczas zebranej wiedzy wiadomo mi, że póki co oleje smarne są o kilka klas lepsze niż łój barani ewentualnie barania krew. 

W tak zwanej Europie ruch drogowy kieruje się zasadami, wg których w większości przypadków, gdy na drodze dostępna jest mnoga liczba pasów ruchu to samochodów podążających w określonym kierunku obok siebie powinno być tyle samo co owych pasów ruchu. Ruch drogowy nauczył także Europejczyków jazdy pomiędzy białymi tudzież żółtymi liniami na jezdni. Turków niestety tego nie nauczył. Jeden z moich kolegów rzekł, że przesiadka z osiołków na Dogany (takie tureckie Fiaty) przeszła zdecydowanie za szybko i niektórzy jeszcze nie bardzo wiedzą co z samochodem poczynić. Poniekąd z tego też pewnie powodu rozmyślają, że biała linia na drodze wyznacza oś symetrii auta. I tak jeżdżą. Cały czas. Najbardziej irytujące zachowanie na drodze.  W tak zwanej Europie, nikt nie przeszukuje klienta przy wejściu do galerii handlowej jakby wchodził co najmniej na pokład Air Force One u boku prezydenta United States of hAmerica. W Turcji jednak to robią. Przebadają Ci portfel, sprawdzą telefonik, ewentualnie obmacają kieszenie (nie liczcie, że zrobi to piękna Turczynka). Na koniec oczywiście nie okaże się, że jesteś groźnym terrorystą czy coś podobnego, ale sprawiedliwości stanie się zadość. I zostaniesz przeszukany.

W tej samej galerii handlowej, która jest największą atrakcją półmilionowego miasta, co weekend zobaczysz tłumy ludzi zwiedzających galerię, w której przez ostatnie kilka tygodni nie zmieniło się nic poza wystrojem witryn sklepowych. Cała reszta jest taka sama, ale mimo tego, coś namawia te tabuny Turasów do udania się tam. Oczywiście nie na zakupy, bo kto chodzi na zakupy do galerii? Kogo na to stać w ogóle? Nowobogaccy pierdoleni. Zaczniesz się wtedy zastanawiać co Ty tam robisz? Dlaczego tam idziesz? Ano dlatego, że w najbliższej okolicy próżno szukać normalnego sklepu gdzie można kupić rzeczy pierwszej potrzeby jak jedzenie, środki higieny itd. Możesz za to znaleźć milion warsztatów samochodowych, które reperują auta niewiadomego pochodzenia, niewiadomych marek i niewiadomego wieku. Możesz też w tej bliskiej okolicy, która po zmroku przypomina opuszczone miasto pozbawione jakiegokolwiek oświetlenia, spotkać kilkaset małych knajpek z jedzeniem. Żartowałem. Nie z jedzeniem. Z kebabem. Na setki sposobów. I setki małych knajpek serwujących czaj. Taką mocną herbatkę, podaną z dużą ilością cukru w pięknym szkle o kształcie tulipana. To akurat zapisuję jako zaletę tego miejsca. Problem polega na tym, że nikt z niej nie korzysta, bo wszyscy wolą iść do jebanej galerii.

Myślałem sobie też lecąc tutaj, że to blisko. Przemierzałem pół światu jednym lotem, to co to dla mnie taki spacer jak do Turcji. Wsiądę, wysiądę. Ot i jestem. Wsiadłem. Wysiadłem w Niemczech. Posiedziałem pięć godzinek spokojnie sącząc niemiecki browar to i jakoś mi mniemanie o tym narodzie wzrosło. Pomyślałem, że wsiądę drugi raz. Wysiadłem sobie już w Istambule. Posiedzę parę godzinek pomyślałem sącząc turecki browar. Mniemanie mi spadło o narodzie tureckim, bo do niemieckiego turecki browar się nie umywa. Wsiadłem znowu w aeroplan i pomyślałem, że jak już tak sobie latam to polecę jeszcze kawałek. I poleciałem. Wysiadłem z samolotu, a oczom mym ukazał się hangar, wielki jak jop jego mać. I turecki naród zlokalizowany nad Morzem Czarnym nazywa to coś „havaalanı”. Po naszemu to lotnisko. Na serio się wystraszyłem tego czegoś. Bagażu w hangarze szukałem ze godzinę, bo się okazało, że jestem jedynym obcokrajowcem przylatującym na to zadupie i z powodu takiego, że bagaż mój przyleciał zza światu i żelaznej kurtyny musiał zostać przepuszczony przez kilka więcej skanerów, rzucony kilka więcej razy i kilka minut więcej zajmie mi odnalezienie go. Finalnie 18 godzin podróży. Po „Europie”.

Myślałem też lecąc do ziemi obiecanej o nazwie Turcja, że to ciepły kraj. Bo na południu Europy, bo Morze Śródziemne i Czarne jeszcze do tego. Oczywiście w granicach rozsądku. Myślałem sobie, że będzie „relatywnie” ciepło, co w dosłownym tłumaczeniu znaczy ni mniej, ni więcej niż tyle, że będzie cieplej niż w tym samym czasie w Polsce. I było. Całe 2 stopnie. Praktycznie codziennie. Przy temperaturach rzędu 15-17 st. C taka różnica nie robi różnicy w ogóle. Choć statystycznie rzecz biorąc cieplej niewątpliwie było. Brakuje tylko jednego ważnego szczegółu. Jak odczuwa się ciepło, gdy 11 z 14 dni pada. Nie kropi, nie mży, nie pada przelotnie. Tylko pada. Leje. Napierdala. Tak, że wychodzisz na dwór i czujesz jak buty zalewają Ci się od góry, bo dół nie zdążył jeszcze przemoknąć czy tam nasiąknąć. Nazwijcie jak chcecie.

Myślałem też, że kraj niczym mnieju nie zaskoczy. Opuściłem ziemie dawnego Imperium Osmańskiego i udałem się w podróż powrotną do kraju. Znaczy miałem opuścić szybko i sprawnie, bo to powrót do domu i należałoby pomykać jak Kubica za swoich lepszych czasów. Nic bardziej mylnego. Porównałem czas podróży do Turcji z tym planowanym powrotnym. Zaskoczenie me było wielkie jak Burj Khalifa. 18 godzin. Zmiana lotniska w Istambule. Jakieś autobusy. Zaskoczyłem się jednak.

Wróciłem tu 3 dni temu. Ciągle pada. Ci ludzie dalej okupują tą galerię, już nawet nie w weekend, ale w tygodniu. Chyba jakieś noworoczne dodatki dostali od firm czy coś, to może nawet frytki w Macu wjadą. Kierowcy ciągle jeżdżą jakby jeździli na osłach tylko takich, które zamiast mięśni posiadają silniki. Deszcz pada dalej. Do tego doszedł grad. Powiem tylko, że pada tak, że dzisiaj w drodze do pracy jak zawsze po prawej mijaliśmy wzgórki, pagórki. I coś dziwnego się stało. Zeszła lawina. Z błota. Taka krótka, może ze 100 metrów miała. Razem z lawiną zszedł też domek. Też nieduży, 100 – metrowy. Ale zszedł całkiem sprawnie, bo na dole wylądował i prawie jest ok i prawie da się tam mieszkać.

Służby drogowe zrobiły też basen na środku jezdni. Zamknęli 4 pasy z 6 i powiedzieli, że można się kąpać za darmo. Z uwagi na to chyba, że na zewnątrz ciągle wali śnieg z deszczem i gradem ludzie jednak unikają darmowej rozrywki przygotowanej przez Samsuńskie Przedsiębiorstwo Kanalizacji.

Okazuje się także iż w Samsun można surfować. Fale sięgały dzisiaj 4 metrów. Tureccy marynarze tak postanowili posurfować, że aż łódka się im wywróciła. Z jakieś 300 metrów od brzegu i wylądowała na burcie. Nie łódka tylko jakiś kontenerowiec. Na szczęście rozładowany. Brak tylko surferów. Jeżdżą na jakieś Bali czy inne Borneo, a wodne szaleństwo jest tak blisko…

Świat bywa interesujący jak się okazało. Nie zawsze jednak interesujące idzie w parze z przyjemnym…

Autor: Staszek Światowiec
comments powered by Disqus