Środa, 22 listopada 2017r.

Imieniny: Cecylii, Wszemily, Stefana

Strona główna / Blogi / Czym się różni pływanie kajakiem po jeziorze od pływania kajakiem po rzece?

Kajakowy spływ Kwisą

Czym się różni pływanie kajakiem po jeziorze od pływania kajakiem po rzece?

Lato tego roku było udane, naprawdę, nie było na co narzekać. Jak to zwykle bywa w upalne dni organizm nasz wręcz domaga się odrobiny wody do wewnątrz czy też zwyczajnie z zewnątrz. Jako że Lubań nie dysponuje żadnymi kąpieliskami, poza okresowymi powodziami, zdecydowaliśmy się wykorzystać to co u nas jest od zawsze, i to bez względu na opcje polityczne. Rzeka Kwisa, bo o niej mowa, to niezwykle atrakcyjny dla kajakarzy szlak wodny, który od dawna przyciągał miłośników tej formy wypoczynku z całej Polski

Z taką atrakcją turystyczną pod nosem trudno się wzbraniać przed udziałem w spływie kajakowym. Nie ma chyba jednego mieszkańca Lubania i okolic, który by choć raz w życiu nie próbował spłynąć Kwisą, na czymkolwiek, na oponie z traktora, na własnoręcznie zbudowanej tratwie albo na jakimś starym  po niemieckim „Ubocie”. My jednak skorzystaliśmy z kajaków  i w ten oto sposób, w przedostatnią niedzielę lipca, o godz. 9-tej rano w Uniegoszczy, rozpoczęliśmy naszą przygodę z Kwisą.

Odległość rzeką z Lubania do Nowogrodźca to dystans około osiemnastu kilometrów. Doświadczonemu kajakarzowi przepłynięcie tego górskiego odcinka rzeki zajmuje około trzy i pół godziny. Oczywiście poziom wody może ułatwić lub utrudnić spływ. W naszym przypadku stan wody był wystarczający, co nie utrudniało, ale też nie ułatwiało nam zadania. Na samym początku naszej przygody z rzeką rozdzielono sprzęt:wiosła, kamizelki i kajaki. Później był instruktaż. Częściowo ,,na sucho", a później na wodzie. Niby każdy wie do czego służy wiosło, jak się wiosłuje, zakręca, jak się zatrzymać i wysiąść z kajaka, to sprawa oczywista. Jednak później okazało się, że nie do końca jest to takie jasne. Być może dlatego długo będziemy wspominać ten spływ.

Wszyscy pakowali się do kajaków wręcz w piknikowych nastrojach. Panie w eleganckich strojach, panowie niby na sportowo, ale nie najgorzej. Do kokpitu, w workach foliowych, poszły kiełbaski, chlebek, „napoje” i ubrania na zmianę. Tak naprawdę, poza przewodnikami nikt chyba nie wiedział po co pakować wszystko w te worki, przecież każdy pływał kajakiem i nigdy się nie przewrócił. Słoneczko,temperatura plus dwadzieścia pięć stopni, pogoda jak marzenie. Okoliczności przyrody również. A my nareszcie płyniemy! Co tu dużo gadać, jest pięknie! Krajobrazów z poziomu rzeki niewiele można zobaczyć, ale za to sama rzeka i jej bezpośrednie otoczenie robią wrażenie na każdym. Soczysta zieleń przybrzeżnej flory, delikatne fale rozbijające się o burty kajaka, plusk wioseł i wesoły gwar uczestników, po prostu sielanka. Przesuwające się pod kajakiem dno rzeki jak  w hipnotycznym seansie usypiało czujność kajakarzy. Meandry, bystrza i progi wodne to tylko nieliczne z wielu „atrakcji” wodnych, które czyhały na rozbawionych śmiałków, pełnych wiary w swoje możliwości, tylko przewodnicy uśmiechali się jakoś inaczej.

Ruina starego młyna w Radogoszczy, ze swoimi hydrotechnicznymi przeszkodami, była sprawdzianem wiedzy przekazanej wcześniej przez przewodników. Tuż przy młynie bystrze na pozostałości spiętrzenia wodnego kieruje kajak na niewielką zwałkę bezpośrednio w samym zakręcie, manewrując właściwie można było ją ominąć i tu właśnie była pierwsza nieplanowana przerwa na kąpiel. Dwie osady wylądowały w wodzie. Szybka akcja ratownicza przewodnika i po kilkunastu minutach bogatsi w nowe doświadczenia płynęliśmy dalej. Teraz już wszyscy wiedzieli do czego służą foliowe worki i gąbki. Trochę dale,j na szerszym i spokojniejszym odcinku rzeki, przed elektrownią w Radogoszczy, jeszcze raz odbył się instruktaż z wiosłowania i manewrowania kajakiem.Tym razem zainteresowanie wykładem było wzorcowe. Oczywiście w dalszej części spływu nie uniknęliśmy kolejnych wywrotek czy też krzako-terapii.Wszystko było  na wesoło i bez niepotrzebnej spiny. Nikt nie mówił, że to suchy sport. Czasem nawet celowo sprawdzaliśmy swoje świeżo nabyte umiejętności z zaskakującymi wręcz efektami. Kto by pomyślał, że na mieliźnie trzeba błyskawicznie wysiąść z kajaka, bo inaczej może to skończyć się kąpielą, albo że na wodzie o głębokości poniżej kolan pusty kajak może przewrócić stukilogramowego chłopa.

Mniej więcej na wysokości Kościoła w Nawojowie Łużyckim zrobiliśmy przerwę.W tym miejscu Kwisa utworzyła malownicze zakole i pod olbrzymią wierzbą naniosła sporą łachę piasku. Rozpaliliśmy tu ognisko i zabraliśmy się za smażenie kiełbasek. W szampańskich nastrojach „wygi kajakowe” dzieliły się wrażeniami i susząc mokre gacie snuły plany na przyszłe spływy. Może i na Nysie, kto wie? Jednak wszystko co dobre szybko się kończy, ledwo wysuszyliśmy przemoczone spodenki i trochę się ogrzaliśmy przy ogniu, znów pakowaliśmy się do kajaków i na wodę.

Dzięki nabytym w czasie spływu umiejętnościom obyło się już bez nieprzewidzianych kąpieli. A my mogliśmy delektować się widokami otaczającej nas, wspaniałej  przyrody. W dalszej części spływu Kwisa urzekła nas swoją dzikością. Miejscami trzeba było  wręcz przedzierać się pod zwieszonymi tuż nad wodą gałęziami, prawie jak w dżungli. Czuliśmy się wtedy jak odkrywcy z filmów na kanale ,,National Geographic". Kolejne  bystrza i zakręty „nie do pokonania” nieubłaganie wiodły nas do końca wyprawy. W pewnym momencie, w oddali, pomiędzy drzewami, ukazała się wieża kościoła w Nowogrodźcu. Nieomylny znak, że kolejna przygoda dobiegała kresu. Jeszcze tylko kawałek. I choć ręce bolały od wioseł żal było, że to już koniec. Powoli dopłynęliśmy do wodospadu i wyciągnęliśmy kajaki na brzeg. To miejsce tak zwanej ,,przenoski". Wysokość wodospadu w tym miejscu to na oko dwa metry. Przewodnik powiedział, że można nim spłynąć. Na dowód tego rozpędził kajak i wpłynął na środek wodospadu. Pół kajaka w wodzie drugie pół już w powietrzu jeszcze chwila i będzie katastrofa! Nic z tego, kajak gładko spływa w dół,  a przewodnik pewnymi ruchami wiosła kieruje go do brzegu. No i teraz to się dopiero zaczęło! Przy ogólnej wesołości i podziwie w oczach Pań doszło do kilku nieudanych i udanych prób pokonania wodospadu.W międzyczasie przyjechał po nas bus z przyczepką. I tak oto o godzinie 16.00 zakończyliśmy naszą przygodę z Kwisą.

Wreszcie wszyscy poznaliśmy odpowiedź na pytanie zadane przez przewodnika na początku spływu: Czym się różni pływanie kajakiem po jeziorze od pływania kajakiem po rzece? Na jeziorze jak nie robisz nic wiosłem to nic się nie dzieje, a na rzece jak nie robisz nic wiosłem to dzieje się wiele i to bardzo szybko.

Autor: Elijot
comments powered by Disqus