Sobota, 27 maja 2017r.

Imieniny: Augustyna, Juliana, Magdaleny

Strona główna / Blogi / Alpejskich wspomnień czar

Mont Blanc 4807m

Alpejskich wspomnień czar

Foto: Jacek B.

Pod koniec sierpnia 2010r. pognało nas w Alpy. Naszym celem był najwyższy szczyt Europy, Mont Blanc 4807m. Motorem napędowym przedsięwzięcia byłem ja, uczestnicy to Jacek z Przemyśla, Mariusz z Bogatyni i Elżunia ze Zgorzelca (moja żona). Mieliśmy tylko pięć dni...

Dzień 1. Zamierzaliśmy wystartować ze Zgorzelca o ósmej rano, niestety – jak to często bywa – życie układa odmienny od naszego scenariusz. Autobus z Przemyśla do Jeleniej Góry spóźnia się i Jackowi nie udaje się zdążyć na planowany kurs do Zgorzelca. Na start dociera dopiero o 9:30, jeszcze tylko ekspresowe zakupy żywnościowe, zalicza kantor i o godz. 10:00 ruszamy. Przed nami ponad 1100 km.

Granicę przekraczamy starym przejściem granicznym w Zgorzelcu. Jeszcze niedawno w tym miejscu tętniło życie,  celnicy, przemytnicy i zwykli podróżni. Kantory, biura, dziś nie pozostał żaden ślad po zgorzeleckich celnikach. Dzięki objazdom mam okazję pokazać Jackowi zakamarki starego, łużyckiego miasta Görlitz, architektonicznej perły Saksonii, niestety na szybko i tylko z okien samochodu. Czas goni. Wpadamy na gładką jak stół autostradę A-4 i nabieramy prędkości. Jak wszystko dobrze pójdzie, to u celu powinniśmy być za 12-13 godz. Na razie ja jestem za kółkiem, a Jacek po otrzymaniu pakietu map, pełni funkcję nawigatora. Jest pięknie. Całe Niemcy przejeżdżamy bez najmniejszego problemu. Granicę Niemiec przekraczamy w Bazylei.

Szwajcaria wita nas strugami deszczu, w tych warunkach procesy percepcyjne pilota zawodzą. Tydzień w ukraińskich górach, kilka nieprzespanych nocy i kolejna, tym razem w roli nawigatora – to może osłabić każdego. Ostatecznie, Jacek, zamiast pokierować nas na zachód, na Lozannę i Genewę, wybiera kurs na południe, w stronę Lucerny. Kiedy dociera do nas, że owszem, jedziemy, ale nie tam gdzie trzeba, następuje kolejna zmiana scenariusza. By nie wracać, decydujemy się jechać przez Interlaken – malowniczo położoną pośród górskich jezior miejscowość. Niestety, deszcz i późna pora nie pozwalają nacieszyć oczu widokami, które w tej okolicy zwykle zapierają dech w piersiach. 

Znowu autostrada i już w ekspresowym tempie Berno, Genewa, a potem dalej, do Chamonix. Jeszcze tylko 55 km i... znowu pomyłka. Tym razem mnie „udaje się” przeoczyć zjazd z autostrady na drogę krajową do Saint Gervais i Le Fayet. Cóż, jedziemy dalej autostradą, a kolejne bramki studzą nasz entuzjazm.

Wreszcie, po 17-tu godzinach, przejechaniu 38-miu tuneli i 1200 kilometrów docieramy do Le Fayet na parking przy dworcu kolejki Tramway du Mont Blanc. Pada deszcz. Zamierzaliśmy przenocować na zewnątrz, na karimatach, ale cóż – pogoda zmienną jest. Przed nami 3 godz. snu w apartamencie na czterech kółkach.

Dzień 2. Wstajemy o 6-tej, błyskawicznie pakujemy plecaki i cały szpej, przebieramy się pod dworcowymi daszkami i biegiem do okienka kasowego po bilety na pierwszy kurs o 7:20. Tu kolejna niespodzianka, z powodu remontu kolejka kursuje do Mont Lachat a nie do Nid d'Aigle, czyli mamy do pokonania dodatkowe 260m wys. 

O godz. 8:30 wysiadamy z kolejki, zaczyna się podejście torowiskiem do Nid d'Aigle. Po godzinie jesteśmy na ostatniej remontowanej stacji kolejki, dopiero tu jemy śniadanie i ruszamy dalej, kamienistym coraz bardziej stromym szlakiem w górę i wyżej, ponad chmury i gęstą uciążliwą mżawkę.

Pamiętam, kiedy pierwszy raz wybierałem się w Alpy, przez dwa miesiące ostro ujeżdżałem rower w Karkonoszach i dla sprawdzenia kondycji wyskoczyłem na kilka dni w Tatry. Jakież było moje zdumienie, gdy dotarłem w Alpy. Tatry zdały mi się wtedy takie małe, w kieszonkowym wręcz formacie. Dziś w taki sam właśnie sposób spogląda w górę, pełen obaw i zachwytu, Jacek. Zapewne minie jeszcze trochę czasu by tak jak ja, odzyskał wiarę w nasze Tatry.

Powoli zdobywamy wysokość, mamy do pokonania 1700m, Jacek, pierwszy raz w życiu jest tak wysoko. Z naszej czwórki  tylko on nie pokonał jeszcze 4000m, wszyscy go obserwujemy. Jeszcze przed dotarciem do Szwajcarii zażył Diuramid, lek łagodzący skutki choroby wysokościowej, drugą tabletkę wziął dziś rano, humor mu dopisuje i czuje się dobrze, nic go nie boli poza nogami. 

Koło 13:30 docieramy do punktu informacyjnego Mont Blanc, zwykłej budki, w której czasowo rezyduje rodowity Nepalczyk. Pyta, dokąd idziemy i czy mamy rezerwację w schroniskach, następnie informuje nas, że w schr. Gouter, do którego zmierzamy jest już komplet i nie ma miejsc noclegowych. To nie stanowi problemu, mamy śpiwory i karimaty a spać możemy na podłodze. Do Goutera w normalnym tempie pozostało jeszcze około 4,5 godziny marszu. 

Zakładamy raki, uprzęże i zaczynamy trawers lodowca, przy schr. Tete Rousse, staram się utrzymywać stałą prędkość, co pozwoli zaoszczędzić trochę sił na następne dni. Systematycznie zdobywając wysokość zbliżamy się do jednego z najbardziej niebezpiecznych miejsc na dzisiejszej trasie, do „Kuluaru Spadających Kamieni” lub inaczej do „ Kuluaru Śmierci”. Nie bez powodu miejsce to jest tak groźne, co roku ginie tu ktoś lub doznaje poważnych obrażeń ciała. 

Nad ścieżką prowadzącą na drugą stronę Kuluaru rozpięta jest stalowa lina a po obu stronach graficzne informacje jak można wpiąć się do liny. Poza tym żadnych informacji na temat pokonywania tego niebezpiecznego miejsca. Ze względu na dosyć późną porę pokonywania ścieżki, narażeni jesteśmy na większą ilość kamieni, spadających z wysokości, które wirując i bzycząc jak odłamki przecinają trasę naszej marszruty. Po szkoleniu na temat sposobu pokonywania Kuluaru i zagrożeń z tym związanych szczęśliwie przechodzimy na drugą stronę. Najbardziej bała się tego odcinka Elżunia, ale teraz z uśmiechem spogląda za siebie.

Przed nami ostatni nie mniej niebezpieczny odcinek, skalistą granią Gouter o nachyleniu 35°-55°. Wspinamy się do widocznego już od kilku godzin schroniska. A widoki? Tego się nie da opisać, to niekończący się spektakl, słońce, chmury, światło-cienie i alpejskie szczyty.

Pomimo niewielkiej jak się wydaje odległości, nasz cel nic się nie zbliża, szlak wiedzie coraz bardziej stromym podejściem a ekspozycja wzmaga naszą ostrożność, co niestety spowalnia tempo. Doba bez snu daje mi się we znaki, zauważam jednak, że nie tylko ja mam trudności z ostatnim już, ale najbardziej stromym podejściem. Wpięci w stalowe liny rozmieszczone na tym odcinku trasy, docieramy do schroniska. Na wąskim tarasie przed budynkiem czeka już na nas Mariusz, pytam o sytuację wewnątrz czy jest dla nas jakiś kąt, "spoko, damy radę". Angielski entuzjazm w głosie Mariusza uspokaja nas, no cóż, taka jego natura. 

Zmęczeni, ale szczęśliwi spoglądamy za siebie. Kilka godzin przed dotarciem do schroniska wyszliśmy ponad chmury, a spektakl trwa nadal, teraz z wysokości 3817m spoglądamy na odsłaniające się od czasu do czasu, Chamonix i zachwycamy się zachodem słońca, które właśnie teraz zachodzi za położone poniżej nas chmury. 

Lokujemy się w schronisku, szybki posiłek i czekamy aż z sali bufetowej wszyscy rozejdą się do pokoi i zrobi się plac na nasze karimaty. Spać kładziemy się na stołach i ławach około 22, a spać musimy szybko, bo obsługa schroniskowa o 2 godz. wydaje posiłki tym, którzy zarezerwowali nocleg i wychodzą na atak szczytowy, wtedy nie ma dyskusji " bonjour, ale! ale! Fstawacz!".

Dzień 3. Wstajemy pośród parujących tac. Szybko spożywamy śniadanie popijając gorącą herbatką z termosu, jeszcze tylko tabletka dla Jacka i Elżuni, zakładamy na siebie sprzęt w zamieszaniu wychodzących i tych, którzy odpoczywają tu chwilę, w drodze ze schr. Tete Rousse na szczyt. O  godz. 4 udaje nam się wyjść na trasę, teraz pośród mroźnej alpejskiej nocy, przy świetle czołówek, wyruszamy na atak szczytowy. Grupy wspinaczy, jak świetlisty wąż znaczą zygzaki stromego podejścia. 

Dziś nie będziemy pokonywać skalnych grani, będziemy za to zmagać się z wysokością, przed nami niewidoczny szczyt a do pokonania mamy około 1000m. Gwiazdy na nocnym niebie wróżą nam piękny dzień. Wschód słońca witamy na wysokości około 4100m, poranne promienie nieśmiało zalewają ciepłym blaskiem kolejne partie gór. Spektakl trwa, wielki słoneczny reflektor wydobywa z ciemności nocy szczyt Aquile du Midi (3842m) wraz ze schroniskiem na jego wierzchołku. 

Właśnie pokonaliśmy strome podejście na skraju skalno-śnieżnej grani i odpoczywamy. W śnieżnej i mroźnej przestrzeni dźwięki niosą się daleko, głośno i wyraźnie, odwracam się gwałtownie na trzask migawki aparatu, to Jacek, z wyraźnym zachwytem w oczach pstryka zdjęcia, pstryk, pstryk, pstryk...          

Dalej jest już nieco łatwiej, w mroźnym powietrzu słychać tylko miarowy chrzęst śniegu pod rakami i nasze przyśpieszone oddechy. Surowe piękno otaczających nas alpejskich panoram nie może uśpić mojej czujności, obserwuję bacznie moich towarzyszy, Mariusz jak zwykle, w doskonałej formie, gorzej jest z Elżunią i Jackiem. Elżunia zmarzła w czasie wczorajszego podejścia, na ostatnim odcinku wiało już dość ostro i było okrutnie zimno, w schronisku dostała dreszczy. Aspiryna ustabilizowała sytuację, jednak dziś walczy nie tylko z wysokością, ale też z postępującym przeziębieniem i gorączką. Z uporem prze do przodu, sama się nie podda. Jacek, duży silny facet, sam przed sobą nie przyznaje się do ogarniającego go coraz większego zmęczenia, nie poddaje się. Choroba wysokościowa nie jedno ma imię, czasem jest to słabość.

Ruszamy dalej, do schronu Vallot. Słońce stojące już nad horyzontem daje złudne wrażenie ciepła, lecz zimny porywisty wiatr robi swoje. Pokonujemy rozległą i głęboką dolinę u stóp stojącego na skalnej grani Vallot'a i wchodzimy w strefę cienia, znowu przejmujące zimno. Wreszcie docieramy do schronu, tu przynajmniej nie wieje. Zarządzam odpoczynek. We wnętrzu blaszaka odpoczywa już kilka osób w tym czwórka Polaków, witamy się i skwapliwie dobieramy do swoich zapasów oraz termosów z gorącą herbatą. Teraz widzę wyraźnie jak "twardziele" dostali w kość, Elżunią znów wstrząsają dreszcze to pierwsze objawy hipotermii, musi się rozgrzać. Jacek zaczyna na głos wyrażać wątpliwości, co do swoich możliwości zdobycia tak bliskiego już szczytu. Jesteśmy na wysokości około 4400m, proponuję by się położyć pod kocami na zbiorowej pryczy schronu i się rozgrzać, propozycja przyjęta. 

Tymczasem Mariusz gorączkuje się i zżyma, przecież on jest pełen werwy i wigoru a tu trzeba czekać. Daję mu pozwolenie na to by dalej bez nas kontynuował wspinaczkę z grupką Polaków, nie mam sumienia by zmusić go do czekania na nas, bez 100% pewności na sukces. 

Po godzinie "twardziele" czują się już lepiej i zaczyna się: " to co? Idziemy dalej?" Ale ja już podjąłem decyzję, zgodnie z prognozami służb meteo dziś ma nastąpić załamanie pogody i nie wiadomo ile jeszcze czasu zostało - wracamy. Nie było kontry na moją argumentację " góra stoi tu od lat i będzie stała jeszcze kolejne  a my życie mamy tylko jedno, wrócimy tu za rok". Było to drugie podejście Elżuni, ze łzami w oczach nie protestuje jednak, Jacek odczuł ulgę, 4400 m to jego rekord.

Powoli zbieramy się do odwrotu, przed nami 600m zejścia teraz na spokojnie bez pośpiechu, mamy sporo czasu na zdjęcia i filmowanie. Pogoda jakby w nagrodę za determinację "twardzieli", utrzymuje się dłużej niż to przewidziały służby meteo, wzmaga się jednak wiatr a od strony Włoskiej chmury ciągną nad szczyt.

Szczęśliwie docieramy do Goutera, natychmiast zabieramy się za grzanie wody, w między czasie kupuję Elżuni herbatę w bufecie, znów dopadły ją dreszcze. Jacek w obawie przed pogorszeniem pogody, proponuje byśmy dziś jeszcze zeszli do schr. Tete Rousse, ale na razie czekamy na naszego zdobywcę, zobaczymy co dalej jak wróci. Po kilku godzinach wraca wyczerpany, ale szczęśliwy Mariusz, "nie dam rady zejść dzisiaj" mówi i tym samym klamka zapadła - zostajemy na noc.

W schronisku kolorowy, wielojęzyczny górski naród świętuje, jest rum i gitara, na której długowłosy Czech gra Nohavicę, niemal z każdej strony słychać Polaków, są Anglicy, Niemcy, Francuzi, Włosi i tylko Bóg wie, kto jeszcze, wszyscy razem przy jednym stole tworzymy swoistą Unię, nie Europejską, ale Górską. W takiej przyjaznej atmosferze schronisko powoli cichnie i uspokaja się, tylko miarowe oddechy i ciche chrapanie, w którymś z pokoi świadczy o tym, że są tu żywi ludzie.

Dzień 4. W nocy przyszła zima. Jak przez mgłę przypominam sobie, że deszcz lub grad tarabanił po blaszanym parapecie. Rano przez okna zupełne nic nie widać. Jacek ogranicza się do stwierdzenia: "a nie mówiłem, trzeba było zejść wczoraj". Dziś nikt nie startował jeszcze na szczyt, wszyscy czekają na poprawę aury. Na zewnątrz mgła a raczej gęsta chmura, jest zimno i pada drobny śnieg. Elżunia pełna obaw pyta, co robimy, Jacek zastanawia się na głos - a może zostać jeszcze jeden dzień. Dziś jest poniedziałek, Mariusz musi w środę być w pracy, więc nie mamy zbytniego wyboru.

Wychodzimy ze schroniska w pełnym oporządzeniu, raki, czekany, uprzęże. Wpinamy się do stalowych lin jak na via ferratach i zaczynamy lodowy balet. Zejście w takich warunkach, w terenie mikstowym (skała i lód) wymaga ciągłej koncentracji i ostrożności, jeden błąd może doprowadzić do śmierci lub kalectwa. Dzięki naszemu wyposażeniu mamy komfort w czasie zejścia, raki i czekan dają przyczepność i stabilność, a uprząż z lonżą dają poczucie bezpieczeństwa i więcej pewności siebie.

Powoli doganiamy grupę Angielskich „turystów”, którzy wbrew zdrowemu rozsądkowi, ślizgając się na butach, schodzą bez raków. Spięci liną mają złudne poczucie bezpieczeństwa, jednak nie zdają sobie sprawy z zagrożenia, jakie stwarzają. Wystarczy, by jeden z nich upadając pociągnął za sobą pozbawionych przyczepności kolegów a spadną wtedy hurtem, narażając na śmierć również tych, którzy idą poniżej. To potencjalne liczby tragicznych statystyk Mont Blanc. 

W Końcu wychodzimy z chmury i przyspieszamy, w dole widać schronisko Tete Rousse. Do Kuluaru docieramy bez przeszkód tu czeka na nas Jacek i dwóch poznanych w schronisku Polaków z Irlandii, widzę, że ściągają raki, pytam więc o powód, odpowiedź mnie dobija, „szkoda raków, stępią się”. Szlag mnie trafił, niezbyt przyjemnie warknąłem do Jacka „ze mną przyjechałeś, ze mną wracasz, ja jestem za Ciebie odpowiedzialny. Zakładaj raki! Życie ma większą wartość niż raki za 3 stówy”. Na szczęście nie musiałem powtarzać dwa razy. Jak się później okazało Polscy Irlandczycy to zielenina, nigdy nie byli w wysokich górach i mają ledwie  blade pojęcie o zastosowaniu sprzętu, który dźwigają ze sobą. 

W oczekiwaniu na przejście, uświadamiam im istniejące tu zagrożenia, jakby na potwierdzenie moich słów z wąskiej ścieżynki w Kuluarze zsuwa się w przepaść kolejny niefrasobliwy „turysta” bez raków. Panicznie czepiając się wszystkiego, co możliwe, na czworaka, powoli jedzie się w dół. Jakimś cudem dociera do krawędzi i chwyta się kurczowo skały, uff... sekundy. Udało się. Kredowo biała twarz i śmierć wyglądająca z szeroko otwartych oczu mówią same za siebie, był już jedną nogą na tamtym świecie. Obserwuję gościa czy nie potrzebuje pomocy, wstaje jednak o własnych siłach, na drżących nogach dociera do liny i chwyta się jej kurczowo. Czeka teraz na swojego towarzysza, który widząc kłopoty kolegi siada niefrasobliwie na środku Kuluaru i zakłada raki, Boże, nie wytrzymam! Parada głupców!! Statystyki podają, że w tym miejscu ginie rocznie 50 osób! Kolejni kandydaci do tragicznych statystyk. Nagle za plecami słyszę słaby i drżący jeszcze głos „Janek! Woda! Woda ci wypadła”. Brak mi słów, to nasi rodacy. Nie chce mi się nawet gadać, my dumni Polacy, spadkobiercy herosów światowego himalaizmu, hardo rzucamy w twarz innym nacjom: Kukuczka, Rutkiewicz, Wielicki. A tu, proszę bardzo, moda na Mont Blanc ściąga w Alpy całe stada laików, rządnych „chwały zdobywców”, nie mających pojęcia, w co się pakują. Mamy w Alpach „Dom polski”, schron na zboczach Les Rouges (2768m) powyżej Nid d’Aigle, brakuje nam tylko Polskiego cmentarza. 

Szczęśliwie pokonujemy niebezpieczny odcinek i schodzimy na lodowiec. W powietrzu nienaturalny ruch i hałas, to dwa śmigłowce od kilku godzin regularnie dostarczają jakieś kontenery na śnieżne plateau przy schr. Tete Rousse, wyraźnie powstaje tu plac budowy, tylko czego? Na razie nikt nic nie wie, ale niebawem pewnie się dowiemy. Odpoczywamy, na deskach tarasu punktu informacyjnego Mont Blanc, posilamy się i popijamy gorącą herbatkę. Sjesta w promieniach słonecznych nie trwa długo, ruszamy dalej, musimy zdążyć do Mont Lachat na ostatni kurs kolejki Tramway du Mont Blanc. 

Dziś od momentu wyjścia ze schr. Gouter mijamy całe rzesze podchodzących do góry Polaków, Jacek nawet się nie wysila by pozdrawiać mijających nas turystów po francusku czy angielsku, pozdrawia po polsku, z co najmniej 60% skutecznością. Jak tak dalej pójdzie to za parę lat ogłosimy polską autonomię na Mont Blanc. Ciekawe czy prowadzi ktoś statystykę polskich wejść na ten szczyt. 

Do stacji kolejki docieramy 30 min. przed czasem, pijemy resztki herbaty z termosów i już jest Tramway. Jedziemy do le Fayet, w wagoniku na 16 osób, 10 to Polacy, w miłej i wesołej atmosferze, wracamy na dół. Śmiechy i żarty przeplatają się z barwnymi opowieściami górskich włóczęgów. Patrząc na rozpromienione twarze moich towarzyszy nikt by się nie domyślił, że jeszcze 10 minut temu, ci sami ludzie, ostatkiem sił, zrzucali swoje plecaki i powłócząc nogami siadali na ławkach. 

Po godzinnej podróży przez alpejskie lasy i polany docieramy do Le Fayet, wysiadamy na dworcu kolejowym i z lekkim żalem odprowadzamy wzrokiem znikające między zabudowaniami miasteczka, puste wagoniki T.M.B. Wreszcie dobieramy się do pozostawionych w samochodzie zapasów wody, Elżunia rozdaje wszystkim po butelce, i tą właśnie wodą wznosimy toast za szczęśliwy powrót, swoją wypijam duszkiem, do dna. Kto nie był spragniony w górach tak jak my, nigdy nie pozna cudownego smaku wody.

Samochód zapakowany, wszyscy przebrani i gotowi do drogi, jeszcze tylko rzut oka na stojący w chmurze masyw Mont Blanc i niespodzianka, Alpy żegnają nas piękną tęczą. Tak kończy się nasza alpejska przygoda, może w przyszłym roku, bogatsi o nowe doświadczenia, znowu tu wrócimy, by skutecznie zaatakować szczyt.

Autor: Elijot
comments powered by Disqus