Piątek, 24 marca 2017r.

Imieniny: Marka, Gabriela, Katarzyny

Strona główna / Miasto / Lubańskie początki oczami Zdzisława Bykowskiego

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy

Lubańskie początki oczami Zdzisława Bykowskiego

Foto: eLuban.pl/ŁCR

Mało kto już pamięta, że WOŚP w Lubaniu gra od samego początku. Wraz z 25-leciem działalności fundacji, Lubań obchodzi 25 rocznicę wolontariatu na jej rzecz. Wczorajszego popołudnia w MDK odbyło się spotkanie, w którym udział wzięły osoby angażujące się w zbiórki i którym bliska jest idea pomagania pod szyldem wielkiego czerwonego serca. W spotkaniu udział wziął Zdzisław Bykowski, który w 1993 roku zapoczątkował rockandrollową jazdę bez trzymanki w Lubaniu. Była to świetna okazja do przypomnienia lubańskich początków.

25 lat Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Lubaniu to dziesiątki zespołowi i setki wolontariuszy, którzy swoim zaangażowaniem i pracą zdołali zebrać na rzecz fundacji 500 tys złotych. WOŚP Lubaniowi odwdzięczyła się sprzętem o wartości ponad 1 mln zł przekazanym do tutejszego szpitala.

Wczorajsze spotkanie swoją obecnością zaszczycili woluntariusze i szefowie kolejnych sztabów, łącznie z tym, który w roku 1993 organizował pierwszy lubański finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy - Zdzisławem Bykowskim.

Poniżej prezentujemy tekst przygotowany przez Zdzisława Bykowskiego w którym wspomina jak to się w Lubaniu zaczynało.

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy – lubańskie początki. Sześć pierwszych Lubańskich Finałów WOŚP we wspomnieniach Zdzisława Bykowskiego, pierwszego szefa sztabu WOŚP

A niby dlaczego nie Lubań
Gdy pod koniec 1992 r. rozeszła się po Polsce informacja o pierwszej firmowanej przez Jerzego Owsiaka powszechnej zbiórce pieniędzy (przypomnę: wtedy na rzecz chorych na serce) rozmowy na jej temat toczyły się i w Lubaniu. Ale na zasadzie: „Jaka fajna, szlachetna akcja! Ale gdzieś daleko, w Polsce…”. Nie zdzierżyłem. W ciągu kilku dni obleciałem kilka środowisk z hasłem: „A niby dlaczego nie Lubań? A co to, żeśmy psu spod ogona?”. Zapaliłem do pomysłu i ówczesnego burmistrza, i większość radnych, i kolegów z ówczesnego LKO oraz lubańskiej telewizji. Wyposażony w takie „papiery” zameldowałem się u ówczesnej dyrektor Miejskiego Domu Kultury, śp. Marii Janikowskiej. Ta, jakby na mnie czekała. Zapaliła się do pomysłu. Podzieliliśmy się rolami. Pani Janikowska zajęła się organizacją koncertów oraz zbieraniem fantów na towarzyszące koncertom loterie. Moją „działką” była przede wszystkim organizacja zbiórek ulicznych. A dodatkowo - pomoc pani Marii w doborze wykonawców koncertów.

Tylko lokalni wykonawcy
Przepraszam, ale nie pamiętam już nazwisk wszystkich członków powołanego ad hoc lubańskiego sztabu. Nie wymieniam nazwisk zapamiętanych, by nie robić przykrości zapomnianym. Ale z miejsca znaleźliśmy ze sobą wspólny język. Przede wszystkim ustaliliśmy, że zwieńczeniem corocznych zbiórek będzie otwarty dla wszystkich koncert w Miejskim Domu Kultury. Nazwaliśmy go Lubańskim Finałem WOŚP. I przyjęliśmy zasadę, iż wykonawcami będą wyłącznie lokalni artyści (na pierwszy jeleniogórski finał tamtejsi organizatorzy ściągnęli kilka markowych zespołów i po przeliczeniu zebranych pieniędzy ledwo wyszli na plus).

Przygotowania do pierwszego finału
Przez lubańskie telewizyjne Studio S zaapelowaliśmy o zgłaszanie się chętnych do zbiórki ulicznej. Stawił się tłum wspaniałej młodzieży. Puszki były absolutnie przypadkowe: pudełka po butach, opakowania po słodyczach, własnoręcznie posklejane pojemniki, inne „wynalazki”. Jak i w innych społecznych przedsięwzięciach bez skrupułów żerowałem na przyjaciołach. Pierwsze serduszka i identyfikatory nieodpłatnie wydrukował niezawodny Tadek Duma. Wydrukowaliśmy wymyślone przeze mnie i Sławka Dumę nasze, lubańskie identyfikatory. Jeszcze nie było tych wydawanych przez Warszawę, jeszcze nikt nie myślał o hologramach. Można powiedzieć: jeszcze wszyscy sobie wierzyli. Ze służbą porządkową podczas koncertów w domu kultury też nie mieliśmy najmniejszych kłopotów. Czasem zgłaszały się takie typy, że niektórzy z naszego sztabu wyrażali wątpliwości. Powtarzałem: „Trzeba zaufać, trzeba sobie ufać!”. I na lewo i prawo rozdawałem wymyślone przez siebie identyfikatory. I ani razu żeśmy się nie zawiedli. Z Jankiem Marcinkiem z kamieniołomów na Księginkach z listewek „wyrzeźbiliśmy” chyba czterometrowy szkielet Owsiakowego serduszka. Do zawieszenia na scenie domu kultury. Zaprzyjaźniony kierowca z kamieniołomów: „Dla Owsiaka? Jademy!”. Śp. Jurek Jabłoński podarował nam kilkanaście płacht białej folii samoprzylepnej z której wyciąłem wielkie litery słynnego napisu: „Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy”. Z innym kolegą, już na scenie MDK-u, nakleiliśmy wielkie litery na płótno. Rezultat robił wrażenie. Nb. ów bliski kiedyś kolega obecnie jest namiętnym wyznawcą (jego prawo) Radia Maryja i PiS-u. Dlatego – z miłosierdzia – nie przywołuję jego nazwiska (swoją drogą: gdyby nie mój wstręt do donosicielstwa mógłbym powiedzieć, że mam teraz na gościa sporego haka, prawda?).

Lubańscy Romowie dla WOŚP
Podczas dyskusji na temat repertuaru pierwszego koncertu rzuciłem pomysł, by na scenę zaprosić także lubańskich Romów. Znana jest ich miłość do śpiewu i tańca. Tuż po przyjeździe na stałe do Lubania (1967 – pół wieku patrzy na mnie!) słyszałem opowieści o ich zespole „Kałe Jakha”. Propozycję przyjęto z zaskoczeniem i rezerwą: „Jak to? Cyganie? Czy się zgodzą? I kto do nich pójdzie?”. I patrzyli na mnie. Zacząłem szukać wieloletniego przyjaciela Roma, Janka Kicwaka. Wszedłem do przypadkowego romskiego mieszkania. Jak to u nich - z miejsca serdecznie i gościnnie. Ściągnęli Janka. Przedstawiłem pomysł. Niedowierzanie. Ja swoje. Parę minut i ich miałem… Panie zaczęły coś przebąkiwać, że kiedyś miały stroje. Zostawiły je przed laty (dziesięciolecia!) w domu kultury. „Ale tyle lat…”. Namówiłem, by wybrały się do pani Janikowskiej. Następnego dnia - wiadomość: Są stroje!!! Trzeba tylko przewietrzyć i przeprać. A jak przewietrzono, przeprano, wysuszono i poprasowano, do mnie z pretensjami: „Nie możemy wcisnąć się w kostiumy!”. Jak przystało na gentelmana (staram się!) tłumaczyłem, iż to po prostu wina sprania się tkanin. W ruch poszły agrafki, fastrygi i kliny…

Pierwszy Finał WOŚP
Pierwszy koncert rozpoczęły zespoły dziecięce lubańskiego MDK-u. Jak pięknie i z jakim przejęciem maluchy śpiewały i tańczyły! Po nich wystąpiły grupy tańca nowoczesnego. Każdego roku huragany braw towarzyszyły brawurowym występom z urozmaiconym repertuarem „Lubańskiej Estrady”. Na scenie nie mogło też zabraknąć „Marysieniek” z pobliskiego Radostowa. Lubańską widownię porwał występ lubańskich Romów. Refren piosenki „Ore, ore, szabadabada amore” z zapamiętaniem śpiewała cała widownia. Także ci na korytarzach, w foyer i za kulisami sceny… W ostatniej części koncertów występowały lubańskie zespoły rockowe. Prócz tych działających pod kuratelą MDK-u wynajdywałem i wypychałem na scenę Lubańskich Finałów WOŚP grupki ćwiczące dla przyjemności i pasji po garażach czy strychach. Świetna muzyka, nawet dla mnie, zramolałego starego rock-fana.

Amerykanin dla WOŚP
W 1994 r. na scenę Lubańskiego Finału zaprosiłem Amerykanina, Steve’a Drehera który wówczas, w ramach utworzonego jeszcze przez prezydenta Kennedy’ego tzw. Korpusu Pokoju w lubańskim ogólniaku przez rok uczył angielskiego. Przyjaźniliśmy się, przedtem zgadaliśmy się co do wspólnej pasji - bluesa i rock’n’rolla. Steve przywiózł ze sobą do Lubania gitarę, znakomicie nią władał, świetnie śpiewał. Ba, także komponował. W naszym mieście nawet m.in. napisał utwór „Blues for Lubań”! Wytłumaczyłem Steve’owi ideę Wielkiej Orkiestry. Był zachwycony do tego stopnia, iż… zaczął mi się krygować przed ewentualnym występem („Taki ważny, szlachetny koncert, wielka widownia! A ja, amator…”). Przekonał się, że w takich sprawach nie ma ze mną żartów… Zaśpiewał trzy, cztery własne utwory. Owacjom nie było końca. Wykonawca był przeszczęśliwy. Nie muszę dodawać, że Steve do Stanów wrócił z gitarą z naklejonym czerwonym serduszkiem. W moim archiwum zachowała się próbna okładka do nagranej kilka miesięcy później kasety audio na której swoje utwory zaprezentowali Steve i skojarzony z nim przeze mnie lubański zespół rockowy „Kviat” (Krzysiek Kołacz, Marcin i Krzysiek Grabowscy oraz Robert Podolak). W rogu okładki kasety „Vermont – Lubań” – serduszko WOŚP…

Studio S transmitowało na żywo
Jeden z koncertów udało nam się transmitować na żywo, ze Studia S. Niezawodni panowie Sławińscy skonstruowali urządzenie przekazujące sygnał z kamer i miksera w Domu Kultury do studia w Zameczku. Stamtąd szło to przez antenę na Lubań i okolicę. Chyba z sześć bitych godzin NIELEGALNEJ transmisji! Bo na takie nadawanie formalnie trzeba było mieć prawo do oddzielnej częstotliwości. (Ale: dla Owsiaka? JADEMY!). A transmisja miała i ten skutek, że co rusz w Domu Kultury pojawiali się przybysze z okolic Lubania którzy dowiedzieli się o naszym koncercie ze Studia S. I nie przyjeżdżali z pustymi portfelami…

Tysiące darów
W foyer domu kultury umieszczono loterię fantową z której dochód także szedł na Orkiestrę. Stoły z fantami zajmowały całą szerokość pomieszczenia. Setki, tysiące upominków pochodziły od zakładów, instytucji, firm, szkół, prywatnych darczyńców. Szczególnie wzruszające były drobiazgi przygotowane przez lubańskich przedszkolaków. Patrząc na te proste upominki czuło się, ile maluch włożyły w nie serca!

Anegdoty i dykteryjki
Na którymś z lubańskich finałów głównym obiektem pożądania uczestników loterii fantowej był podarowany przez kogoś okazały elektroniczny ścienny zegar, taki ze wskazówkami. Loterią zarządzał niezastąpiony Jarek Rydzewski, który zaangażował się w WOŚP od początku. I ilekroć, w drodze spod sceny do hollu domu kultury przechodziłem obok stoiska loterii, Jarek namolnie namawiał mnie do kupna losu. Zabiegany na odczepnego rzuciłem: „Jarek, co będzie jak kupię los i wygram ten zegar? Kto uwierzy, że to przypadek?”. Roześmieliśmy się z żartu. Gdzieś w połowie finału uległem namowom Jarka. Kupiłem. I wykrakałem… Wygrałem ów nieszczęsny zegar. Winowajca, Jarek, zaczął mnie błagać, bym od razu nie odbierał wygranej, by obiekt pożądania jeszcze jakiś czas kusił uczestników loterii. Zgodziłem się na tę niewinną manipulację. Ale pod koniec koncertu dorwałem się do mikrofonu i opowiedziałem widowni o moim szczęściu/nieszczęściu. I ze sceny przekazałem zegar do publicznej licytacji. Pamiętam – walka chętnych na czasomierz była zaciekła. W końcu wszystkich przebił ówczesny dyrektor lubańskiego PKO, Janek Guła. Podczas któregoś z tych „moich” finałów mieliśmy niezwykłą niespodziankę. Andrzej Juncewicz ofiarował nam na aukcję oryginalne złote serduszko które za imponującą kwotę wylicytował rok wcześniej w warszawskim sztabie Orkiestry. Do „walki o złoto” ruszył – z wielką korzyścią dla WOŚP i z wielozerowym wynikiem – lubański biznes…

Z pasją i sercem
Liczeniem pieniędzy z puszek zajmował się lubański oddział PKO. Po kilku latach tę rolę przejął Bank Zachodni. Podczas Lubańskich Finałów po kilka razy dyskretnie zaglądałem do salki gdzie liczono zebrane pieniądze. Widziałem pochylone nad długim stołem głowy pracowników banku. W skupieniu przeliczali banknoty i monety, układali je wg nominałów w ciągle rosnące kupki. Co chwilę mijali mnie w drzwiach młodzi ludzie kończący swoje dyżury na ulicach. Czasem pojawiał się ktoś przywieziony przez rodzica z podlubańskiej wsi. Często przemarznięci. Ale, bez wyjątku, WSZYSCY UŚMIECHNIĘCI I SZCZĘŚLIWI! Czasem w kolejce do przekazania puszek komisji porównywali wagę swoich pudełek. Opowiadali o przygodach z lubańskich ulic, o rozmowach z przechodniami. Po oddaniu puszek wolontariusze byli zapraszani na rozgrzewającą herbatkę i pożywne kanapki. Takie podpatrzone scenki ładowały mi akumulatory na kolejny Finał. W każdej przerwie pomiędzy wykonawcami szef komisji przeliczającej pieniądze meldował widowni o stanie lubańskiego konta. Nie muszę dodawać, iż każdy taki komunikat wywoływał huragany braw.

Pomagali w zbiórce
Z olbrzymią przychylnością względem WOŚP, szczególnie wobec młodzieży z puszkami, odnosili się ówcześni lubańscy proboszczowie: ks. ks. Jackowiak (św. Trójca i Osiedle Piastów), Tomczak (Uniegoszcz) oraz Jerka (Księginki). Miałem też wiele budujących sygnałów z okolicznych parafii. Wielką pomoc w zbiórce pieniędzy i w zapewnieniu bezpieczeństwie wolontariuszom okazywała lubańska policja oraz Łużycki Oddział Straży Granicznej. Ale żadna przykra okoliczność nam się w tamtych latach nie zdarzyła.

Ludzie dawali co mieli
W puszkach komisja znajdywała – prócz pieniędzy - wiele wzruszających przedmiotów: pierścionki, kolczyki i łańcuszki. Co roku szczególne wrażenie robiły na nas jedna, dwie obrączki. Po podliczeniu pieniędzy (w tym i po kilka, kilkadziesiąt ówczesnych niemieckich marek, czeskich koron czy dolarów) przyjęło się, iż z precjozami odwiedzałem lubańskiego złotnika, Karola Stańczyka który społecznie nam je wyceniał.

Nadal kibicuję WOŚP
Po sześciu latach corocznej fantastycznej zabawy w Lubańskie Finały WOŚP stwierdziłem iż nadszedł czas, by oddać pole młodszemu pokoleniu (jak śpiewał Wojciech Młynarski: „…trzeba wiedzieć, kiedy wstać i wyjść…”). Byłem spokojny o przyszłość. Przez te sześć lat wykształciła się grupa znakomitych, odpowiedzialnych młodych ludzi. Oczywiście, sercem i duszą byłem i jestem z nimi. Kibicowałem i kibicuję. Co roku w styczniowe ranki szukam przemarzniętych i uśmiechniętych młodych ludzi z puszkami. Z dumą wypinam pierś pod naklejane serduszka. A na wrogość obecnej władzy i dużej części mojego Kościoła wobec Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i Jerzego Owsiaka znajduję tylko jedno słowo: podłość. Po prostu.

Zdzisław Bykowski, współorganizator Lubańskich Finałów WOŚP w latach 1993-98
PS. Jak pewnie PT Czytelnicy tych wspomnień zauważą, w tekście notorycznie pojawia się „ja” i „ ja”. To tylko dlatego, iż ja to wspominam, mnie poproszono o wspomnienia. Sukces 25-ciu lat WOŚP w Lubaniu i okolicy to zasługa setek (wolontariusze z puszkami, lokalni artyści, darczyńcy, uczestnicy licytacji) i tysięcy (myślę o wrzucających datki do puszek) bezimiennych szlachetnych osób. Oni są bohaterami Orkiestry. My, organizatorzy pełniliśmy wobec nich jedynie rolę służebną.

Tekst ukazał sie w Dwutygodniku "Ziemia Lubańska?"

Autor: red./ Zdzisław Bykowski
comments powered by Disqus