Środa, 18 października 2017r.

Imieniny: Juliana, Lukasza

Strona główna / Wywiady / W 90 dni dookoła Polski

Z Lubania i z powrotem

W 90 dni dookoła Polski

Rafał na rogatkach Lubania

Foto: "Fly with Me" - Czyli Spacer Granicami Polski

Spontanicznie, właściwie bez przygotowań, 23-letni Rafał Skop postanowił z Lubania wyruszyć w podróż dookoła Polski. Swoją wędrówkę rozpoczął 25 grudnia 2014r. Jak mówi, z domu wyszedł mając przy sobie 150 zł, torbę ciasta, które zapakowała mu na drogę babcia i wyruszył w nieznane. Udało się i dziś po przebyciu około 3,5 tysiąca kilometrów powrócił do naszej miejscowości. 

Całą podróż Rafał Skop dokładnie dokumentował na Facebook'owym profilu „Fly with Me" - Czyli Spacer Granicami Polski. Gdy wyruszał jego poczynania śledziło zaledwie 6 osób – znajomi, którzy do samego końca nie wierzyli, że osoba, która do tej pory 100 metrów do sklepu jeździła samochodem, rzeczywiście da radę obejść cały kraj na własnych nogach. Na końcu podróży poczynania Rafała obserwowało już cztery tysiące internautów, którzy kibicowali i wspierali jego poczynania. Rafał przy okazji pobytu w Lubaniu znalazł także chwilę, aby opowiedzieć naszej redakcji o swojej przygodzie.

eLuban.pl: Co robiłeś wcześniej?

Rafał Skop: Mam 23 lata. Pochodzę z Legnicy. Uczęszczałem do szkoły, a potem pracowałem jako barman. Zakochałem się w tej pracy, z kontaktem z ludźmi. To było moje ostatnie zajęcie przed wyprawą.

Dlaczego zdecydowałeś się wyruszyć?

Nie mam pojęcia. Obudziłem się drugiego grudnia i postanowiłem coś zmienić w swoim życiu. Wpadłem na pomysł, że obejdę dookoła Polskę. Już trzy tygodnie później wyruszyłem – dokładnie 25 grudnia. Przygotowań nie było praktycznie żadnych. Nie starczyło mi na to czasu. Wyruszyłem na własną rękę. Miałem przy sobie 150 zł, które dostałem w prezencie i reklamówkę ciasta, które dała mi babcia. Na początku robiłem po 17 kilometrów dziennie i był to dla mnie nie lada wyczyn. Sukcesywnie ten dystans się zwiększał. W ostatnim etapie robiłem już 50 km dziennie. Wiadomo ciało przystosowało się do wysiłku i regeneracji. 

Kondycyjnie też się nie przygotowywałeś?

Nie. Tyle co przeszedłem się trzy razy po Legnicy (śmiech) i to już. 

To ile par butów zużyłeś? Po plecaku widzimy, że rzeczywiście nie byłeś profesjonalnie wyposażony.

Teraz i tak jest dobrze. Wyruszyłem z torbą, której nawet nie było można zawiesić przez ramię. Koleżanka, którą spotkałem w Lubaniu poratowała mnie plecakiem. Buty zużyłem jedne. W tych, których jestem dzisiaj to i w nich wyruszam. Jedne zakupiłem po drodze, ale wytrzymały „jedynie” 1000 km. 

A dlaczego wyruszyłeś zimą a nie latem, kiedy warunki byłby bardziej sprzyjające?

Wpadłem na pomysł zimą i postanowiłem go zrealizować szybko, bo wiedziałem, że pewnie nie przetrwa do wiosny. 

Uważasz swoją wycieczkę za wyczyn?

Szczerze to dopiero teraz zacząłem sobie uświadamiać co ja tak naprawdę robię. Wyszedłem sobie na spacer i nie uważałem tego za nic specjalnego. Powoli dociera do mnie co tak naprawdę osiągnąłem. 

Ile czasu nie było Cię w domu?

Za trzy dni wyjdzie równo 90. Dzisiaj idę do Lwówka Śląskiego, czyli dwadzieścia kilka kilometrów – teraz to dla mnie nic (śmiech). Później z Lwówka idę na Winnicę i stamtąd ostatnie 13 kilometrów spaceru do domu, do Legnicy.

Czeka tam na Ciebie jakieś wielkie powitanie?

Z tego co wiem to tak. Nie znam szczegółów, ale ma być prezydent miasta i ma być „grubo”. 

Poznałeś wcześniej prezydenta?

No jakoś się nie złożyło (śmiech). 

Jak wyglądają kwestie finansowe? Ile w sumie wyniosła wyprawa? Jak 150 zł może wystarczyć na 90 dni życia? 

150 zł rozeszło się dosłownie po trzech dniach – wiadomo - jakiś ciepły posiłek, herbata. Zaczęli mnie wspomagać ludzie, których spotkałem na swojej drodze. Często na stacjach benzynowych, po opowiedzeniu historii, pracownicy częstowali mnie ciepłym napojem czy hot-dogiem. Zazwyczaj byli to obcy ludzie, ale wspierali także wszyscy, którzy w internecie śledzili moje poczynania. Kiedy uwierzyli, że to rzeczywiście się dzieje, przesyłali drobne kwoty. Z tego właśnie się utrzymywałem. Gdyby nie pomoc życzliwych osób na mojej drodze to byłoby o wiele, wiele ciężej.

Na Twoim fanpage'u często pojawiały się podziękowania dla hoteli, pensjonatów itp. Noclegi też udawało się zdobywać za darmo?

Wszystkim ludziom, którzy pomagali mi, starałem się odwdzięczyć. Choćby taką formą reklamy. 

Były trudne sytuacje po drodze?

Były. Zdarzyły się trzy noce bez dachu nad głową. Dwa na samym początku, jeden później – już w okolicach morza. Pierwsze dwie noce chodziłem po prostu z dworca gdzieś na przystanek, aby nie zamarznąć, bo było bardzo zimno. Nie spałem praktycznie w ogóle. Trzecią noc, już nauczony doświadczeniem, po tym jak nie udało mi się po dniu marszu załatwić noclegu, postanowiłem iść dalej do celu, który miałem osiągnąć dopiero kolejnego dnia. 

Były trudy podróży, ale pewnie były też chwile przyjemne? 

Spotkałem mnóstwo ludzi, właściwie z każdej „klasy społecznej”. Miałem okazję poznać straszne patologię, ubogich, ale i takich, którzy banknotami stuzłotowymi mogliby szastać na lewo i prawo. Po podróży wiem, że Polska jest bardzo gościnnym krajem. Zwłaszcza na wschodniej stronie. Tam jest największa życzliwość, tam gdzie żyje się najskromniej, tam najchętniej ludzie dzielą się tym co mają. 

Na twojej stronie zauważyliśmy, że będąc w górach dziękowałeś firmie Google za nawigację, a później ktoś wiózł Cię skuterem śnieżnym. O co dokładnie chodziło? Co to za historia?

Ludzie, którzy obserwują mój fanpage postanowili zorganizować mi niespodziankę na Śnieżce. Z miejscowości Boguszów Gorce miałem przejść do Karpacza, a później jeszcze do 16-tej zdobyć wspomniany szczyt. Pomyślałem, że może się to udać. Zaplanowałem dzień i o 5-tej rano wyruszyłem. O 13 byłem już gotowy, aby wyruszyć na Śnieżkę. Przyjechała koleżanka, która obserwowała moją wyprawę, aby potowarzyszyć mi w drodze. Nigdy wcześniej nie miałem okazji wejść na szczyt, pojawiła się okazja, więc postanowiłem z niej skorzystać. Nawigacja pokazała mi drogę a, że nigdy nie byłem to myślałem, że idę normalnym szlakiem. Okazało się, że przy drodze, która została mi wskazana czarny szlak to pestka. Szliśmy korytem rzeki, czołgając się w pas po śniegu (śmiech). Także podziękowania za to dla Google, ale nie mam co narzekać bo to jedyny raz kiedy nawigacja sprawia mi takiego psikusa. 

Ale jak się skończyło? Udało się zdobyć szczyt?

Na Śnieżkę nie dotarliśmy. Nasz spacer zakończył się na wysokości 1300 metrów nad panoramą Karpacza, która później nazwana została przez ratowników Las Vegas. Musieliśmy zadzwonić do GOPR-u. Ratowało nas dwunastu chłopa z trzech oddziałów: z Karpacza, z Jeleniej Góry i ze strony czeskiej. Ratownicy śmiali się, że niezłą randkę udało mi się zorganizować. Pierwsze spotkanie i już takie widoki i takie przeżycia. Przy okazji chciałbym podziękować wszystkim, którzy uratowali mnie z tej opresji. 

A jakie dalsze plany?

Za trzy dni dotrę do Legnicy i z tego co się orientuję mam już ofertę pracy. Zacznę nowe życie, a kiedy trochę się ustatkuję to planuje już kolejną trasę. Możliwe, że będzie to szlak św. Jakuba do Hiszpanii. 

Polecasz innym taką wyprawę? 

Polecam. Jest dużo czasu na myślenie. 

Dziekujemy za rozmowę i trzymamy kciuki za następne wyprawy.

Autor: red.
comments powered by Disqus